Zacznijmy od początku

Początek w moim przypadku do łatwych nie należał.
4 czerwca. Posprzątałam całe mieszkanie, ułożyłam kolejny raz ubranka, posegregowałam zdjęcia. Poszłam na ostrą marchewkową (podobno przyspiesza poród). Wróciłam do domu i... zaczęło się. Jeszcze wtedy nie wiedziałam co to tak naprawdę znaczy. Nie miałam pojęcia, że następne trzy miesiące będą najbardziej heroicznym okresem w moim życiu. Myślałam wtedy, że różowy bobasek wyskoczy radośnie w kilka minut, sam zacznie pięknie jeść a ja będę z błogim uśmiechem na ustach przyjmować pierwszych ciekawskich gości. Nic z tego.

Zaczęło się delikatnymi skurczami jakoś około 17. Dzwonię do K., ale jestem spokojna. Wiem, że to już. Nie spieszymy się. K. zamawia pizzę. Myślę sobie: dam radę, na razie to nic takiego. Trochę boli, ale bywało gorzej. Jest dość chłodny wieczór. Przed wyjściem z domu pamiętam o ułożeniu włosów i pomalowaniu policzków różem- tusz się nie opłaca, spłynie. No przecież nie mogę wyglądać źle witając na świecie mojego Syna. K. skrupulatnie pakuje swój prowiant i dużą butelkę coli. Chyba chcę zostać w domu. Tutaj czuję się bezpiecznie. W jednej chwili przestaje być wrogiem porodów domowych. Gdyby tylko można było zmienić jeszcze zdanie.

No nic. Jedziemy do szpitala! Dzwonię do Mamy. Ona szaleje, denerwuje się. Uspokajam Ją. Dzwonię do Marysi. Ona uspokaja mnie. Dojeżdżamy na Żelazną. Chwila zastanowienia i zaczynam płakać. Już nigdy nic nie będzie tak samo. To już ostatnia nasza wspólna "podróż". Z jednej strony czuję podniecenie a z drugiej się boję. Jak to? Już zawsze będzie z nami ktoś. Tego ktosia w ogóle nie znam, nie wiem jaki będzie. Może będzie ciągle płakał i nie da nam nawet spokojnie wypić kawy cy porozmawiać. A przecież my tak lubimy wspólne śniadania, kolacje, kawy, rozmowy, spacery, imprezy, wyjazdy. A teraz co? Pieluchy, ból, pot i łzy. Tak to teraz widzę. Spokój odszedł, boję się.

Wkraczamy na Izbę. Staram się być spokojna. Wcześniej odczuwane skurcze zaczynają ustępować. Położna przeprowadza wywiad, mierzy ciśnienie. Tu jest tyle ludzi. Chciałabym się gdzieś schować. Przytulić się do K. i najlepiej wrócić do domu.

Podłączają mnie do KTG. Delikatne skurcze powracają,ale maszyna nic nie wykrywa. Musimy czekać. Na ekranie w poczekalni kolejny odcinek "na wspólnej". To znaczy, że już po 20. Czekamy.  Coraz bardziej skręca mnie z bólu. Wreszcie przychodzi lekarz. Bada. Nie ma rozwarcia. Dostaję zastrzyk. Albo skurcze ucichną, albo poród się zacznie. Mija 5 minut. Zwijam się bólu. Cała Izba mnie obserwuje. Kobiety w ciąży, matki, dziewczyny, ich  partnerzy i mężowie. Widzę w ich wzroku przerażenie i współczucie zarazem. A gdzie ten spokój o którym mówili na szkole rodzenia? Gdzie ta intymność?Oddychanie? Równowaga? Bzdura. Zaczynam żałować,że tu przyjechałam. Wychodzimy z K. do holu aby pokonać najgorsze skurcze. K. mi pomaga, przytula. Bardzo go teraz potrzebuję.
Wracamy. Na ekranie telewizora śmieje się do nas Kuba Wojewódzki. To znak,że już k. 24. Ile to jeszcze potrwa?

W końcu jakiś lekarz mnie bada. Szyjka skrócona,ale bez rozwarcia. Właściwa akcja porodowa może zacząć się w każdej chwili. Najprawdopodobniej za kilka godzin. Co takiego? Przecież ja już rodzę od 17. Pluje sobie w brodę,że za wcześniej przyjechaliśmy do szpitala. Lekarz patrzy na mnie z politowaniem i orzeka,że mam zostać na patologii ciąży bo nie ma miejsca na porodówkach a moja akcja się jeszcze podobno nie rozpoczęła. Sama. Sama na patologii. Jest noc i K. nie może tam wejść. No teraz to już zaczynam płakać na serio. Przecież jedyną osobą, której teraz potrzebuję jest On. Lekarz mnie pociesza, opowiada o swojej Żonie. Gówno mnie to teraz obchodzi. Ja chcę do K. Mówię lekarzowi, że wracam do domu. Po dłuższej rozmowie poddaje się, zostaje. Zdrowie T. jest przecież najważniejsze.
Mam się przebrać. Przychodzi po mnie położna. Wygląda miło. W każdym staram się teraz odnaleźć bratnią duszę. Biorę się w garść, muszę być dzielna. Wszystko dla T. Konrad idzie do samochodu a ja do mojej samotni. Jest po 1 albo po 2.

Skurcze są coraz gorsze. Badają mnie. 3 centymetry. Cieszę się. To już coś. Siedzę sama w biało-zielonej, zimnej sali. Wyglądam przez okno. W okolicznych kamienicach wszystkie światła już zgaszone. Oni sobie spokojnie śpią a ja wydaje na świat kolejnego człowieka. To wielki dzień. Wstawajcie! Zaczynam im jednak zazdrościć. Skurcze dokuczają coraz bardziej. Nie mogę siedzieć. Przychodzi położna. Mam mierzyć odstępy między skurczami. Nic innego nie robię od 17. Według mnie są regularne. Widzę, że mi nie wierzy. Idę pod prysznic, ciepła woda łągodzi ból.

Dzwonię do Mamy i do K. Płaczę. Nie! Nie mogę się załamać. Przypominam sobie o oddychaniu. Wyszukuje w torebce gazetkę dla kobiet w ciąży. Znajduję artykuł o metodach łagodzenia bólu podczas porodu. Staram się oddychać tak jak tam opisali. Rodzę sama. Ze ścian patrzą na mnie twarze uśmiechniętych, śpiących dzieci. Kiedy ja zobaczę moje? Zaczynam się modlić. Znowu pod prysznic.
W końcu nie wytrzymuję. Idę do położnych, robię im awanturę. Chcę do K., na porodówkę,  ja rodzę- teraz już na serio. One karzą mi przejść za barierkę bo za bardzo się do nich zbliżyłam...Hm. W końcu badają mnie. 4 cm!

Około 4-5 nad ranem zabierają mnie na Orzech. Sala porodowa. K. do mnie wraca. Położna zajmuje się mną i proponuje żebym posiedziała w wodzie. Woda mi pomaga. Skurcze na chwilę odchodzą. Przychodzi K. Wreszcie jesteśmy razem! Tak bardzo Go kocham! Polewa mnie wodą. Zdaje sobie sprawę, że nawet nie wiem jak tu doszłam.

Skurcze się nasilają. Kolejne KTG. Chyba już trzecie dzisiaj a raczej dnia następnego bo zaczął się już 5 czerwca. Muszę leżeć bo inaczej nie można zrobić badania. Nie wyobrażam sobie jak kiedyś kobiety musiały cały poród wytrzymać na leżąco. Zaczynam podziwiać Mamę, Babcię i każdą kobietę, która kiedykolwiek urodziła. Ja marzę już żeby wstać. Zwijam się z bólu. Nigdy tak nie bolało. Ktoś kto porównuje ból porodowy do jakiegokolwiek bólu- niech zamilknie na wieki! Moje koleżanki na bociankowym kłamały. Obłudnice..albo znieczulenie im pomogło. Badanie. 4 cm... Chcę znieczulenie, błagam o nie. Natychmiast.
Położna wspiera, pomaga. Czuję wreszcie, że ktoś oprócz K. jest ze mną. Anestezjolog nie może na razie przyjść. Ok. Chwilę poczekam.

Mijają godziny. Okazuje się, że wypadła mu nieplanowana cesarka. Cholera, akurat teraz! Czekam. Zwijam się. Zmieniam pozycję: piłka, wanna, sznurek, łóżko, wanna, piłka, K..rzygam, znowu piłka, wanna. Krzyczę. Nigdy chyba tak głośno nie krzyczałam. Na szkole rodzenia mówili, że będziemy kleły na mężów. Kolejna bzdura. Ja mojego nigdy bardziej nie kochałam. Tak bardzo się stara.
Anestezjolog nie przychodzi. Mówią, że to już za chwilę. Położna podaje kroplówkę. Później dowiaduję się,że to oksytocyna. Po niej czuję,że eksploduje. Ból rozrywa mnie całą. O niczym nie myślę. Mamroczę tylko do K. "polewaj". Polewaj ciepłą wodą, oczywiście. Brzuch jakby mi pękał.
 Jest 9. Już dawno wstał nowy dzień. Badanie. 10 cm! Udało się! Mam siłę, czuję moc! To już tak blisko. Położna motywuje, pomaga, K też. Zmieniamy pozycję i wypycham. Nagle słyszę: Stop! Pępowina wokół szyi. Wraca mi świadomość. Mój Synek! Co się dzieje? Boję się o Niego! Udaje się. Szybka akcja i Mały uratowany. Jest główka, dotykam Jej. Dostaje kopa i o 10 nagle ktoś mówi: Natalka dotknij to T.!!
Jaki on idealny, piękny. Mój synek, moje dziecko. Patrzę na K. Myślałam zawsze,że w tym momencie będę płakać. Nie płaczę. Mam tyle energii, że mogłabym urodzić jeszcze dwójkę. Kocham Go. Kocham K. 

Byliśmy wszyscy bardzo dzielni. Jestem Mamą. Dzielną Mamą.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza